Seminarium Duchacze

          Dzisiaj w liturgii wspominamy błogosławionego misjonarza – duchacza – Ojca Daniela Brottier. Nasza wspólnota seminaryjna w zeszłym roku, z uwagi na Rok Życia Konsekrowanego, przygotowała amatorski filmik. Oddaliśmy w ten sposób hołd, a można nawet powiedzieć, zasalutowaliśmy żołnierzowi Chrystusa. Wiernemu radom ewangelicznym zakonnikowi, który mawiał, że bez gotowości oddania swojego życia przez męczeńską śmierć nie ma prawdziwego misjonarza, podobnie i my, chrześcijanie, w powołaniu swoim jesteśmy misjonarzami. Prośmy zatem, dziś szczególnie za przyczyną ojca Daniela, o odwagę. Aby bitwa z grzechem, którą staczamy każdego dnia, miała zwycięstwo jedynie pod sztandarem dobroci i miłości trzeba jak nasz błogosławiony Patron nieustannie odnajdywać siły w Bogu.

 

 

Zapraszamy do obejrzenia materiału filmowego na naszym kanale YouTube.

Nie zapomnijcie zasubskrybować i dać łapki w górę!

 

 

 

 

Na naszej stronie udostępniamy materiał, z którego korzystaliśmy przy tworzeniu filmiku, a także modlitwę o kanonizację o. Daniela Brottier CSSp. Zachęcamy do lektury!

 

       Bł. o. Daniel Brottier człowiek, który przez swoje życie przeszedł z odwagą godną niejednego żołnierza; miłością, która w tak skromnym naczyniu zebrana musiała spływać na każdego, kto choć przez chwilę stanął w jej zasięgu; z wiarą godną dziecka Bożego, misjonarza, prezbitera. Tak wiele już o nim powiedziano, napisano, cóż można rzec więcej? Czy trzeba jeszcze coś mówić?

     Drogi ojcze Danielu! Trudno jest przemilczeć twoją osobę, twoje życie, szczególnie, gdy niewielu daje takie świadectwo od samego początku swego istnienia. Dlatego pozwól, że przypomnę sobie i innym jak to życie wyglądało.

      Urodziłeś się 7 września 1876 roku w La Ferte Saint-Cyr we Francji. Już jako pięcioletni chłopak zapytany o twoją przyszłość odpowiedziałeś: będę papieżem. Gdy jednak wyjaśniono ci, że najpierw trzeba być księdzem, z równie wielkim zdecydowaniem oświadczyłeś: dobrze, to będę księdzem! Postanowienie uczynione w tak młodym wieku, było przez ciebie konsekwentnie realizowane i to w sposób godny podziwu. W wieku 12 lat, gdy zostałeś przyjęty do niższego seminarium w Blois, zwierzyłeś się swemu dyrektorowi, księdzu Caussanel, że chcesz zostać zakonnikiem. Roztropny dyrektor odpowiedział wtedy: Najpierw musisz ukończyć studia. Teraz jesteś za młody, by o tym decydować. Najważniejsze jednak nie wspominaj o tym nic twoim rodzicom.

     Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, gdy wstępowałeś w 1892 roku do seminarium diecezjalnego w Blois. Co więcej! Byli z ciebie dumni, kiedy 22 października 1899 roku otrzymałeś święcenia kapłańskie. Zostałeś skierowany do katolickiej szkoły w Pontlevoy, gdzie pełniąc funkcję wychowawcy młodzieży zbierałeś cenne doświadczenie pedagogiczne. Twoja pomysłowość i energia zjednały sobie szybko serca uczniów. O przyszłym misjonarzu mówiono wówczas: Ten ksiądz robi wszystko inaczej niż inni. Jednak nosiłeś w sobie pragnienie zupełnie inne. Chciałeś się poświęcić zbawieniu dusz pogańskich, dlatego zwróciłeś się do mistrza nowicjuszy Zgromadzenia Ducha Świętego, twierdząc: ... Mam wiele powodów, by nie łudzić się, co do dobra, które mógłbym sam dokonać, ani co do energii, jakiej bym do tego potrzebował, więc pragnę ofiarować przynajmniej swe życie i swoją krew dla szerzenia Dobrej Nowiny. Gdyby Pan Bóg chciał przyjąć moją krew na tak wielką sprawę, dałbym ją z całego serca. Pragnienie męczeństwa jest ambitne, to prawda, lecz zdaje mi się, że bez niego nie ma prawdziwego misjonarza... Prośba, jaką złożyłeś, została przyjęta pozytywnie i z dniem 26 września 1902 roku rozpocząłeś nowicjat w Orly pod Paryżem. Rok później, pod koniec nowicjatu pisałeś do Przełożonego Generalnego bpa Le Roy w ten sposób: Ekscelencjo! Jestem prezbiterem, mam lat 27 i nieco dobrej woli. Jeśli chodzi o zdolności, nie wybijałem się specjalnie w żadnym kierunku. Zdrowie, chociaż nie nadzwyczajne, nie przeszkadzało mi dotychczas w postępowaniu tak jak inni śmiertelnicy. Już od dwunastego roku myślę o życiu misjonarza i uważam je za życie człowieka, który chce się poświęcić i ofiarować dla zbawienia dusz, w jednej chwili albo kropla po kropli, to nie ma znaczenia. Jeśli jednak wolno mi wyrazić osobiste upodobanie, wybrałbym pierwszą ewentualność (...) Nie chcę być zarozumiały, lecz jeżeli Ekscelencja ma jakieś bardziej niebezpieczne stanowisko, na którym trzeba zaryzykować życiem, mówię po prostu: oto jestem! Te szlachetne pragnienie oddania się na wyłączną służbę Bogu w krajach misyjnych spotkało się z ostrym sprzeciwem ze strony rodziców, a szczególnie ojca, który również pisał do ks. bpa Le Roy: ...Daniel nie posiada zdrowia potrzebnego do pracy misyjnej. Chce być zakonnikiem, bardzo dobrze, jeżeli to jest jego powołaniem, lecz wypełniam obowiązek sumienia, sprzeciwiając się jego zamiarom wyjazdu za granicę. To dla niego pewna śmierć. Wiem o tym i on to wie również i uważałbym się w sumieniu za winnego, gdybym w obecnej chwili nie interweniował. Należy tu wspomnieć, że twój stan zdrowia nie był i nie będzie już nigdy dobry. Sam dr Maffe, który cię leczył w ostatnim okresie życia wyjaśnia: Jego bóle głowy rozpoczęły się ok. trzynastego roku życia. Przechodził wówczas zakaźną grypę, na którą nie zwrócono uwagi. Pozostało po niej zatrucie komórek mózgowych i bolesne skutki tego zatrucia odczuwał przez całe życie. Uważam, że jego ostatnia choroba, gorączka tyfoidalna, była reaktywizacją owych elementów chorobowych, które przez całe życie w sobie nosił. Mimo trudności jakie napotkałeś, w dniu 30 września 1903 roku złożyłeś śluby zakonne i w specjalnej ceremonii, tzw. „Konsekracji Apostolskiej” poświęciłeś się pracy misyjnej. Pierwszą placówką okazała się parafia w Saint-Louis w Senegalu. Twój zapał, zaangażowanie doprowadziło wkrótce do założenia ogniska dla żołnierzy, powołano ciebie na prefekta miejscowej szkoły i patrona stowarzyszenia „Dzieci Maryi”. Kazania, które głosiłeś zdobyły wielu słuchaczy i uznanie współbraci. U początków tak żywiołowej działalności zauważono w tobie dwie cechy jakie dominują w sposób szczególny: wyjątkowa troska o każde rozpoczęte dzieło oraz umiejętność dobierania sobie pracowników. Jednak wypadek samochodowy spowodował koniec pracy w Afryce i powrót do Europy, choć to nie koniec twojej działalności dla Królestwa Bożego. Gdy wróciłeś do Francji spotkałeś się z bpem Jalabert. Były twój proboszcz z Senegalu powierzył ci ważną misję: zebranie funduszy na katedrę w Dakarze. Budowla ta miała stać się pomnikiem dla wszystkich żołnierzy, badaczy, odkrywców poległych w Afryce. Zbiórkę pieniędzy przerwał wybuch I wojny światowej. Za pozwoleniem przełożonych zgłosiłeś się do „Ochotniczego Korpusu Kapelanów Wojskowych”. Zostałeś przydzielony do 26 Dywizji Piechoty i 26 sierpnia 1914 roku wyruszyłeś na front. Po latach tak wspominałeś pierwsze spotkania: ...W okopach nad rzeką Yser miałem okazję do pierwszego, głębszego kontaktu z żołnierzami 105-tego i 121-ego pułku, lecz w jakich okolicznościach! Tam poczuliśmy co znaczy zimno, deszcz i błoto. Ach ! To zimno Flandrii. Chyba tylko pod Verdun bardziej wymarzłem. W chwilach wolnych próbowałeś pogłębić kontakt z żołnierzami, wykorzystać go na pracę duszpasterską. Ten czas jeden z oficerów tak wspomina: Po śniadaniu kapelan zwrócił się do wszystkich słowami: Moje dzieci! Nie zapominajcie, że jutro jest wielkie święto i musicie dać przykład, przystępując do Stołu Pańskiego. Bardzo mi na tym zależy. Za godzinę będę was wszystkich spowiadał, zaczynając od dowódcy i kapitanów. Zrozumiano!? A teraz idźcie i zróbcie dobry rachunek sumienia. Wszyscy zrobili jak powiedział – tak już opanował ich dusze. W tej wojnie wielokrotnie dawałeś przykład nieprzeciętnej odwagi, która swe źródło ma w bezgranicznej ufności w Bogu, jak sam mówiłeś: Nie mam nigdy za dużo ufności w Bogu tak dobrym i litościwym. Otrzymuje się od Niego wszystko na miarę swej ufności. Ratowałeś ludzi narażając własne życie, kiedy była potrzeba szedłeś do sztabu, by odwołano rozkaz, który posłałby ludzi na pewną śmierć; wszystkim okazywałeś swą dobroć. Dowodem na to są pochwały jakie od czasu do czasu pojawiały się o tobie w rozkazach Armii francuskiej, bądź też świadectwo jakie wystawił o tobie ks. Georges Jean-Baptiste Henocque, kapelan wojskowy Wyższej Szkoły Wojennej w Saint-Cyr. Powiedział: Znałem wielu kapłanów wojskowych, lecz nie widzę żadnego, który mógłby mu jako kapelan dorównać. On był ojcem swoich żołnierzy...Często jedno jego słówko wystarczało, by umorzyć karę jakiegoś żołnierza, a ci, co z tego korzystali, byli mu wdzięczni...

     Wojna niesie ze sobą wiele bólu spowodowanego utratą bliskich osób. Ty nie pozostałeś obojętny wobec tego cierpienia pisząc listy do poszkodowanych rodzin, niosąc im nadzieję. Pisałeś w ten czas: Nie opłakujmy ich! Myślmy tylko o tym, byśmy się odnaleźli, gdy spodoba się Bogu wezwać nas z kolei. To całe nasze zadanie, bo taka jest wola naszego Boga.

     Gdy wojna się zakończyła wróciłeś do Paryża, gdzie spotkałeś bpa Jalabert. Opowiadając mu o wielu niebezpieczeństwach przez jakie przechodziłeś zastanowiła cię jedna myśl: nie odniosłeś nawet najmniejszej rany? Wtedy to biskup z brewiarza wyciągnął mały obrazek nie beatyfikowanej jeszcze wówczas siostry Teresy od Dzieciątka Jezus i rzekł: To ta, która Ojca uratowała. A na jego odwrocie znajdował się napis: Siostrzyczko Tereso, strzeż mi ojca Brottier, bo go potrzebuję. Dotąd nie miałeś specjalnego nabożeństwa do młodej Karmelitanki, lecz od tej chwili stałeś się jej dłużnikiem. Przed tobą stały w tym czasie dwie rzeczy do zrobienia: 1) dokończyć zbieranie pieniądzy na katedrę w Dakarze; 2) założyć i zorganizować „Narodową Unię Kombatantów”, której celem byłaby pomoc niesiona inwalidom wojennym i rodzinom byłych żołnierzy. Te dwa cele były przez ciebie zrealizowane. Katedra została zbudowana i konsekrowana przez bpa Paryża 2 lutego 1936 roku, a kierownictwo Unii Kombatantów z chwilą, gdy stanęła na równe nogi i zaczęła się rozwijać, powierzyłeś zaufanym ludziom. Nawiasem mówiąc związek miał poparcie premiera Francji, który jako pierwszy na jej rozwój przeznaczył 100 tys. franków.

    Praca misyjna w Afryce, bohaterska służba kapelańska na najbardziej niebezpiecznych frontach w ciągu całej wojny, budowa katedry w Dakarze oraz założenie Unii Kombatantów, wystarczyłoby całkowicie, aby zapewnić ci bardzo zaszczytne miejsce w pamięci potomnych. Ale nie tak szybko! Bóg wobec ciebie miał jeszcze jedno zadanie do spełnienia, gdyż chciał abyś został ojcem sierot. Dlatego dnia 10 listopada 1923 roku Przełożony Generalny Zgromadzenia abp Le Roy mianował cię dyrektorem sierocińca w Paryskiej dzielnicy Auteuil, a twoim zastępcą i pomocnikiem o. Pichon, który tak wspominał przyjazd nowego dyrektora: W taksówce, która nas wiozła z Rue Lhomond, o. Brottier powiedział mi: Dziś rano odprawiłem Mszę św. w intencji sierot z Auteuil. Ofiarowałem się Panu Bogu, by im służyć aż do śmierci. Nie pragnę żadnego innego stanowiska tylko tego. Gdyby ojciec chciał uczynić tak jak ja, Pan Bóg będzie naszej pracy błogosławił.

    A pracy było sporo... Całe te przedsięwzięcie, któremu oddałeś się bez reszty było w opłakanym stanie. Dzieło ks. Ludwika Russel zapoczątkowane w 1868 roku z myślą przygotowywania opuszczonych chłopców do pierwszej komunii, stało na krawędzi bankructwa, a duch sierocińca nie był najlepszy. A od czego ty zacząłeś ? Po dwóch dniach powziąłeś plan wybudowania ku czci Błogosławionej Teresy od Dzieciątka Jezus pięknej kaplicy, która stałaby się jej paryskim sanktuarium. W ten sposób chciałeś też spłacić swój osobisty dług wobec małej Karmelitanki. Potrzebowałeś jednak dwóch rzeczy: „znaku” od Boga i pozwolenia od abpa Paryża. Całą sprawę oddałeś w ręce dzieci, które odprawiły nowennę w tej intencji. W ostatnim dniu nowenny w drodze do ks. arcybiskupa zatrzymała cię pewna kobieta, która mocno nalegała, abyś ją wysłuchał. Stanąłeś i zwróciłeś jej uwagę mówiąc: Spieszę się na umówione spotkanie z arcybiskupem. Ona odparła: Przed tygodniem prosiłam ojca o modlitwy sierot w intencji mego synka, którego stan zdrowia był beznadziejny. Błogosławiona Teresa nas wysłuchała: synek jest uratowany i z wdzięcznością przyniosłam coś dla sierot. Popatrzyłeś wtedy z niedowierzaniem i rzekłeś: Proszę, niech mi pani powie, co jest w tej kopercie. Oczekuję odpowiedzi małej Tereni w sprawie kaplicy, którą chcę dla niej zbudować. Prosiłem o znak, tzn. o pewną sumę pieniędzy, którą potrzebuję. Brak mi 9 tys. franków, a termin upływa za kwadrans. W odpowiedzi usłyszałeś: Niech się ojciec uspokoi, w tej kopercie jest 10 tys. franków. Oto był twój oczekiwany „znak”. Arcybiskup nie miał żadnych zastrzeżeń co do budowy kaplicy, tylko dziwiła go jedna rzecz: dlaczego właśnie błogosławiona Teresa? Wiedziałeś dobrze, że dla tych dzieci, które utraciły swe rodzinne domy, najlepszą opiekę zapewni im błogosławiona Karmelitanka, z którą zawarłeś pewien układ: ty wybudujesz dla niej kaplicę, a ona codziennie będzie dostarczać 1000 franków ( jak na owe czasy niemała suma). Obie strony dotrzymały umowy, choć nie było lekko. Dlatego nie powinno dziwić to nikogo, że praca nad budową trwała stosunkowo niedługo. Rozpoczęta w lipcu 1924 roku, zakończona 5 października 1930 roku, uroczystym poświęceniu przez kardynała Verdier w otoczeniu czternastu biskupów.

     W tym samym czasie, gdy rosły mury kaplicy zwiększała się również liczba chłopców w sierocińcu. Niektórzy uważali, że straciłeś poczucie zdrowego rozsądku, a temu nadano taki rozgłos, że pewnego dnia przyszedł do twego biura abp Paryża Dubois, mówiąc: Drogi ojcze! Zdaje się, że ojciec posuwa się może za daleko. Mówi się o kapitałach i to znacznych, które ojciec topi w nowych budowach... Donoszą mi również, że ojciec przyjmuje każdego dnia coraz więcej sierot, nie zamykając przed nimi drzwi. Wydaje mi się to niebezpieczne. Wiem dobrze, że odepchnąć nieszczęsne dzieci, to okrutne... lecz jest moim obowiązkiem przypomnieć ojcu o roztropności... Wszystko pewnie rozegrałoby się zupełnie inaczej, gdyby do pokoju nie weszła pewna kobieta z małym chłopcem, która zwróciła się do ciebie: Proszę ojca, jestem wdową, bez pieniędzy i chora. Jutro idę do szpitala na ciężką operację. Mój syn ma 12 lat i wiem, że w każdej chwili może zostać zupełnie sam na świecie. Czy mógłby go ojciec przyjąć? Bardzo proszę... Zapadła wtedy głęboka cisza. Biedna kobieta patrzyła to na jednego księdza to na drugiego, nie wiedząc, że ten drugi, to abp Paryża. Po chwili odparłeś: Proszę pani, to nie ja, lecz jego ekscelencja może zadecydować o losie pani synka... Biskupa aż ruszyło z miejsca, gdy to usłyszał. Po chwili wahania rzekł: Ponieważ sprawa tak się przedstawia, załatwię ją bez zwłoki. Tak, proszę pani, ojciec Brottier przyjmie pani synka. A do ciebie powiedział: Gratuluję, drogi ojcze! Wyrzuty jakie dopiero co ojcu czyniłem, mogę teraz sobie robić. Ale mnie ojciec „złapał”. Lecz ty uśmiechnąłeś się: To nie ja złapałem jego ekscelencję, to Pan Bóg.

    Praca w Auteuil dawała ci wiele radości. Dziękowałeś Bogu za każdy dzień jaki tam spędziłeś, za każdą chwilę z dziećmi. Sam o tym pisałeś w ten sposób: Czy można wyobrazić sobie piękniejsze życie dla kapłana nad to, które tutaj prowadzimy? Proszę popatrzeć: na czym spędzamy cały dzień? Na praktykowaniu cnót miłości. Proszę mi wierzyć, wybraliśmy najlepszą cząstkę, lub raczej to Bóg ją wybrał dla nas i musimy Mu za to podziękować z serca. Żyć jak żył Chrystus, czy nie jest to dla kapłana droga doskonałości?

    Tuż przed śmiercią powiedziałeś: Lekarze szukają mojej choroby. O, gdyby znali wszystkie nędze, które pukają do mych drzwi i moją niemożność ulżenia im, tak jak tego pragnę, wiedzieliby, dlaczego dzisiaj umieram...

    Ktoś kiedyś powiedział: Sercem danego dzieła to życie wewnętrzne. Gdy nie ma tego życia wewnętrznego dzieło upada. Jeżeli prawdziwe są te słowa, to patrząc na twe życie i na to co dokonałeś, można powiedzieć tylko jedno: już nie ty żyłeś, lecz żył w tobie Chrystus.

   Czy dziwić będzie kogoś, że w dniu 25 października 1984 roku zostałeś wyniesiony na ołtarze? Chyba nie... Cóż pozostaje dla mnie? Prosić, by Dobry Bóg za twoim wstawiennictwem udzielał nam łask, a ciebie włączył do grona swoich świętych w niebie.

 

Modlitwa o kanonizację

bł. Daniela Brottier

 

Boże, któryś duchem miłości napełnił serce błogosławionego Ojca Daniela, prosimy Cię, daj nam również żyć w czynnej i wielkodusznej miłości dla zbawienia naszych braci.

Za jego wstawiennictwem udziel nam łask, o które z ufnością prosimy, a błogosławionego Daniela włącz do grona swoich świętych w niebie.

Amen

 

kl. Kamil Bejgier